Albert Marquet – malarz stonowanych pejzaży i subtelnych nastrojów
Albert Marquet należał do tych malarzy, którzy potrafili mówić o świecie półgłosem. Bez ostentacyjnych gestów, bez dramatycznych kontrastów, bez potrzeby manifestowania przełomów. Choć przez pewien czas był łączony z fowizmem i przyjaźnił się z Henrim Matisse’em, jego malarstwo szybko wypracowało własny, rozpoznawalny ton: stonowany, wyciszony, skupiony na świetle i przestrzeni. Najczęściej malował pejzaże – porty, nabrzeża Sekwany, widoki Algieru, Marsylii czy Neapolu – a także miejskie panoramy oglądane z okna pracowni.
Dziś przypada rocznica jego urodzin – Albert Marquet przyszedł na świat 27 marca 1875 roku w Bordeaux. Wspomnienie tej daty to dobry moment, by zatrzymać się przy artyście, który konsekwentnie szedł własną drogą, nawet gdy wokół niego rodziły się kolejne awangardy.
Studiował w Paryżu, w École des Beaux-Arts, gdzie zetknął się z Matisse’em, Rouaultem i Camoinem. Wspólnie wystawiali w 1905 roku w słynnym Salonie Jesiennym, który przeszedł do historii jako moment narodzin fowizmu. Krytycy ochrzcili młodych malarzy mianem „dzikich bestii” z powodu gwałtowności kolorów i ekspresji. Marquet jednak już wtedy różnił się od swoich kolegów — jego paleta była bardziej powściągliwa, chłodniejsza, mniej nasycona. Z czasem dystans wobec fowistycznej intensywności jeszcze się pogłębił.
Najpełniej czuł się nad wodą. Sekwana stała się jednym z najważniejszych motywów jego twórczości. Malował ją o różnych porach roku, z mostami i barkami, z niskim, mlecznym niebem i rozproszonym światłem. Często wybierał podwyższoną perspektywę – patrzył z okna na szeroką panoramę rzeki i miasta. Dzięki temu jego obrazy mają w sobie coś z obserwacji codzienności: ruch statków, spacerowiczów na nabrzeżu, zmienność pogody.
Podróżował dużo i chętnie. Algier, gdzie spędził znaczną część życia, wniósł do jego malarstwa więcej słońca, jasności i kontrastu. Nie zmienił jednak swojego sposobu patrzenia – nawet w południowym pejzażu zachowywał umiar. Nie interesowała go egzotyka jako efektowny temat; raczej relacja światła i koloru, rytm linii brzegowej, układ białych brył domów na tle morza. W jego obrazach porty nie tętnią dramatem, lecz trwają w spokojnym zawieszeniu.
Malował również akty i portrety, choć to pejzaż zapewnił mu trwałe miejsce w historii sztuki. Jego autoportret z 1904 roku pokazuje młodego artystę o skupionym spojrzeniu, jeszcze przed najważniejszymi wystawami, zanim krytycy zaczęli umieszczać go w artystycznych szufladach. To wizerunek człowieka, który dopiero buduje swoją drogę, ale już wie, że nie będzie ona polegać na krzyku.
W czasie II wojny światowej przebywał głównie w Algierii i otwarcie sprzeciwiał się reżimowi Vichy. Po wojnie wrócił do Francji. Zmarł 14 czerwca 1947 roku w Paryżu.
Dziś jego obrazy znajdują się w najważniejszych muzeach świata – od Centre Pompidou po Ermitaż. Oglądane z bliska odsłaniają subtelne przejścia tonalne i precyzyjną konstrukcję kompozycji. Z daleka sprawiają wrażenie niemal prostych: kilka plam koloru, spokojna linia horyzontu, miękkie niebo. Ta oszczędność bywa myląca — pod nią kryje się konsekwencja i wieloletnia praca nad uchwyceniem nastroju chwili.
Marquet nie potrzebował gwałtownych manifestów ani teoretycznych deklaracji. Zamiast tego wybierał obserwację: rzekę przesuwającą się pod mostem, cichy port o świcie, miasto widziane z wysokości okna. W tej powtarzalności motywów nie ma monotonii, jest raczej uważność. Rocznica jego urodzin to okazja, by spojrzeć na te pejzaże bez pośpiechu — i zobaczyć, jak wiele można powiedzieć, redukując środki do minimum.
(fot. Wikipedia)
#AlbertMarquet